Bluszcz

Bluszcz

Słońce właśnie zaczynało chować się za horyzontem. Czerwono żółta kula powoli żegnała się z tą częścią świata, aby zdążyć zaprowadzić dzień w innej. Barwy nieba mieniły się intensywną purpurą, fioletem i różem, przechodząc  w spokojny różowawy beż. Właśnie kończył się jeden z pierwszych dni wiosny, tej prawdziwej, którą czuło się w powietrzu. To powietrze wypełnione było zapachem świeżości, energii, budzącej się do życia przyrody. Poruszało się lekko, bez pośpiechu, formując delikatny, chłodny wiatr.

Zza wysokiego kamiennego muru okalającego wiejską posiadłość słońca nie widziały już ani nagie krzaki ani młode drzewa. Tylko stary Dąb mógł wychynąć ciężkimi suchymi gałęziami zza muru i patrzeć, jak powoli kończy się dzień. Gdy gorąca kula całkowicie przestała być widoczna, a niebo nagle pociemniało, zdawać by się mogło, że Dębem przeszedł dreszcz i prawie słychać było szelest nieistniejących liści.

Dąb wiedział, że obserwuje zachód słońca po raz ostatni. Za kilka godzin dzień znów nastanie, co dla niego z kolei oznaczać będzie koniec. Gdy słońce wróci na niebo i zrobi się już całkiem jasno, zostanie ścięty. Jego pień zostanie przecięty siekierą u samego dołu, brutalnie, boleśnie odłączony od korzeni, którymi zdążył już głęboko wryć się w tutejszą ziemię. Jego pień z koroną nagich gałęzi runie bezwładnie i wszystko się skończy.

Na samą myśl o tym przeszył go ból, który poczuł w samych koniuszkach korzeni. Te korzenie też zostaną wyrwane z ziemi, a na miejscu, w które tak głęboko wrosną, stanie niedługo biała altana. W niej za kilka miesięcy odbędzie się ślub młodych ludzi, którzy przejęli posiadłość i zaczynali budować swoje nowe życie.

Suchy, duży, stary Dąb, obrośnięty całkowicie bluszczem umierał i swym powolnym umieraniem burzył estetykę młodości, witalności, którą wszędzie w swoim otoczeniu chcieli wprowadzać nowi właściciele. Razem z posiadłością stali się właścicielami także jego i chcieli skończyć to, co im się wydawało cierpieniem. Nie wiedzieli tylko o jednym. Na myśl młodym ludziom nie przyszło, że stary suchy i schorowany Dąb, którego gałęzie powykręcane były wiatrem, którego kora pokryta była ciemnymi plamami, może być zakochany.

Dąb zakochał się miłością z początku namiętną i gorącą, z czasem spokojniejszą, silną i stałą – rzec można by z ironią – jak  dąb. Nie spodziewał się, że mając swoje lata, jest zdolny do tak gwałtownych uczuć. A jednak, miłość wypełniała go od kory aż po rdzeń. Była to miłość zaskakująca i niebezpieczna. Bowiem wybranką Dębu była Bluszcz.

W czasach, gdy posiadłością zarządzali ludzie, którym lenistwo nie pozwalało zadbać o nią, a skąpstwo zlecić tego zadania komuś innemu, Bluszcz się narodziła. Obserwował ją od samego początku, widząc jak rośnie i systematycznie wspina się po murze. Była młoda i ponętna, zawsze zielona, pełna energii, młodzieńczej witalności. On już wtedy miał swoje lata i z pewnym zażenowaniem patrzył na jej zgrabną, subtelnie wijącą się po murze łodygę, małe, delikatne listki. Widział, jak władczo, całkowicie pewna siebie ogarnia cały mur, nie przejmując się wiatrem, śniegiem ani ulewą. Zawsze zielona, świeża, pełna życia. Gdy wszystkie drzewa i krzewy traciły na zimę swoje liście, trawa pokryta zostawała śniegiem, a kwiatów nie było żadnych, ona jedyna wyglądała tak samo pięknie jak wiosną.

Wiedział, że jego miłość była miłością beznadziejną. Bo któż odwzajemniłby miłość starego Dębu, który na zimę zupełnie łysieje, a z każdą wiosną coraz trudniej jest mu wypuścić zdrowe liście? Chociaż od czasu, gdy zdał sobie sprawę ze swoich uczuć, zaczął się mocniej starać. Gdy wiał silny wiatr, prężył się i napinał, aby pokazać, jaki jest silny. Na jesień starał się jak najdłużej zachować swoje liście zielone, a potem nadać im największą ilość kolorów, jak to było tylko możliwe. Wiedział, że inne rośliny zaczęły o nim plotkować i naśmiewać się z niego. Trawa, największa plotkara w ogrodzie, szeptała do Bukszpanu: „Dębowi na starość przewróciło się w koronie i zakochał się w pięknym Bluszczu”. Raniły go te plotki prawie tak samo mocno, jak to, że Bluszcz na zawsze pozostała niema i nigdy się do niego nie odezwała. Czy wiedziała? Czy potajemnie plotkowała o nim z Trawą?

Dąb cierpiał aż do dnia, gdy poczuł lekkie łaskotanie w korzeniach, które znajdowały się lekko nad ziemią i stykały z murem. Nie mógł w to uwierzyć, ale to Bluszcz delikatnie dotykała go swoimi liśćmi. Najpierw odgonił od siebie tę szaloną myśl, wmawiając sobie, że to sprawka wiatru, który tego dnia akurat dosyć mocno dawał się we znaki. Jednakże za jakiś czas poczuł, że łodyga Bluszczu przysunęła się do niego znacznie i zatrzymała jakby w oczekiwaniu na jego reakcję. Poczuł to, naprawdę poczuł, że dotykała go, nie przymuszona przez wiatr ani inne zewnętrzne czynniki. Soki zaczęły w nim buzować od czubków korzeni po koniuszki łodyg. Chciał jej dać przyzwolenie, ale nie wiedział, czy go zrozumie. Bluszcz jednak poczuła to jego nagłe poruszenie pod korą, wyczuła, że pragnie, aby go dotykała, wspięła się po jego pniu, oplotła go ciasno i pieściła jego gałęzie.

I tak też się stało. Bluszcz powoli zaczęła przemieszczać się wzdłuż jego pnia, ku jego zmęczonym gałęziom. Jednocześnie coraz ciaśniej go oplatała, a on uczył się na pamięć struktury jej łodygi, zapamiętywał jej każdy liść, każdą wypustkę.  Nigdy nie czuł się tak szczęśliwy. Wydawało mu się, że znów jest młodym drzewkiem, które dopiero zaczyna wypuszczać pierwsze gałęzie, a później pierwsze listki.

Gdy już szczelnie oplotła pień Dębu, sięgając od korzeni naziemnych po jego koronę, nastała jesień i Bluszcz po raz pierwszy zakwitła. Kwitnąca wydała mu się jeszcze piękniejsza, bardziej dojrzała. Uwielbiał wtedy patrzeć  na nią rano, gdy kwiaty, które pokryły całą jej łodygę otwierały się. Niestety wydzielały silną woń, która wabiła owady. Czuł się o nie zazdrosny, denerwowały go swoim ustawicznym brzęczeniem i nerwowym podrygiwaniem wokół kwiatów jego ukochanej. Gdy ona to wyczuwała, wzmacniała lekko ucisk, delikatnie pocierając jego korę. Natomiast gdy za rok jej łodyga zrodziła owoce, poczuł, że kocha ją jeszcze mocniej. „Czy w ogóle było to możliwe?”.

Miał pewność, że ona odwzajemnia jego uczucie. Przez te wspólne lata znacznie wydoroślała, zaczęła zdawać sobie sprawę z praw, które rządzą przyrodą. W końcu uświadomiła sobie to, o czym on wiedział od początku. Ona była rośliną inwazyjną i on stał się jej ofiarą. Ona czuła się zdrowa, pełna siły, życia. Natomiast on zaczął usychać. I chociaż próbował to przed nią ukryć, Bluszcz w końcu zorientowała się – umierał przez nią. Poluzowała ucisk, jednak wycofać się już nie mogła, ponieważ stali się jedną rośliną.

A teraz ich wspólne życie miało się zakończyć. „Może to lepiej”, pomyślał Dąb. Może to lepiej, że zabiją go ludzie i Bluszcz nie będzie musiała czuć tego, jak powoli umiera. Może to złagodzi jej poczucie winy. Może gdy jej część, która go oplotła zostanie odcięta, łatwiej pogodzi się z jego śmiercią. Może…

Słońce już wzniosło się nad horyzontem i coraz wyżej wędrowało po niebie. Niedługo przyjdą po niego. „Kochana, tak nie dużo czasu nam zostało”, myślał z czułością. Nagle Bluszcz poruszyła się gwałtownie i bardzo mocno, jak jeszcze nigdy, zacisnęła ucisk na Dębie. Zaczął czuć się coraz bardziej zmęczony,  powoli uchodziły z niego wszystkie siły. Nie bolało go, jakby zapadał w bardzo głęboki sen. „Kochana, dziękuję”, zdążył pomyśleć i zasnął.

Gdy za godzinę dwaj mężczyźni z siekierami podeszli do drzewa, ze zdziwienia otworzyli szeroko nie tylko oczy, ale i usta. Stali tak bez ruchu, aż poczuli szczypanie wyschniętych spojówek i zaczęli je przecierać, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co widzieli. Przed nimi stał całkowicie suchy dąb, a na ziemi walało się kilka gałęzi, które zdążyły już odpaść. Jednak to, co zdziwiło ich naprawdę, to bluszcz, który usechł razem z drzewem. Jednak roślina wyschła nie tylko w części, w której stykała się z drzewem. Sucha łodyga bluszczu opadała smętnie z muru. „Czy to w ogóle możliwe?”, zastanawiali się mężczyźni, wciąż z niedowierzaniem wpatrując się w stary dąb.

Gdyby znali język, którym posługiwała się Trawa, mogliby podsłuchać historię Dębu i Bluszczu. Bowiem Trawa, największa plotkara w ogrodzie, szeptała do Bukszpanu „Głupi Bluszcz, uschła z miłości do starego Dębu.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s