Sen

Marcel ze zdenerwowania zazgrzytał zębami. Coś ciągnęło go za rękaw, wybudzając tym samym z cudownego snu. Widok sali balowej wypełnionej roześmianymi, radosnymi postaciami, głośną muzyką i rozmowami, wspaniałymi zapachami potraw piętrzących się na stołach, był mu odbierany przez rzeczywistość brutalnie wdzierającą się pod zaspane powieki. Śnił mu się ostatni bal na Wielkim Zamku. Wszystko było takie wyraźne, takie realne, jakby tam znowu był, jadł wyśmienitą pieczeń baranią, tańczył radośnie, zabawiał królewskich gości. Był to jeden z tych snów, które odczuwa się wszystkimi pięcioma zmysłami. Gdy z niechęcią otwierał oczy, pieczony ziemniaczek, którego nadział właśnie na widelec, spadł z niego i potoczył się po masywnym stole. Jednak to, co go obudziło, nie pozwoliło ponownie zanurzyć się w ciepłą, wszechogarniającą błogość snu, złapać wciąż turlającego się ziemniaczka i wpakować go ze smakiem do ust.


Dlatego pierwszą rzeczą, jakiej doświadczył po przebudzeniu był głód, wywołujący głośne burczenie w brzuchu. Następnie poczuł na swojej dłoni szybkie ruchy mokrego języczka. Przeklął siarczyście, ciesząc się w duchu, że jedynym świadkiem jego postępującego zaniku zasad dobrego wychowania jest właściciel tego nieznośnego języka. A ściślej rzec ujmując właścicielka, przedstawicielka psiej rasy pudlów ozdobnych, niegdyś należąca do Księżniczki, obecnie jego jedyna kompanka niedoli, jakby to kiedyś krasomówczo ujął. Teraz myślał o niej bardziej, jako o nieznośnej czworonożnej przybłędzie, którą musiał karmić i wyprowadzać na dwór. Tak jak teraz. Przeklął ponownie, usiadł na posłaniu i założył buty. Spojrzał na poduszkę i z niechęcią dostrzegł, że jest cała mokra od jego śliny. Widok ten znowu przywołał wspomnienie pachnącej pieczeni, pieczonych ziemniaczków i pysznego wina, które z taką łatwością odpędzało złe myśli na bok. Głośne szczeknięcie przywołało go z powrotem do rzeczywistości. Spojrzał w kierunku, gdzie stała właścicielka tego denerwującego go głosu.

No już idę, idę… Nie ma powodu, aby się denerwować jaśnie panienko. – gderając pod nosem  udał, że składa przed psem ukłon. – Twój wierny sługa już jest gotowy, aby towarzyszyć panience na porannym spacerze. Mam nadzieję, że dzień rozpoczął się pogodnie, a panience uda się z łatwością wypróżnić. Pozwoli panienka tylko, że się przyodzieję i już wychodzimy. – z tymi słowami ubrał się w wyraźnie sfatygowaną kurtkę, a na głowę założył błaźnią czapkę, którą wyjął spod poduszki. Nigdy się z nią nie rozstawał, ponieważ był to jedyny skarb, który posiadał. Jedyny dowód na to, że jego wspomnienia lepszego życia nie są tylko realistycznymi snami. – Panie przodem – rzekł do psa, z udawanym szacunkiem i dygnął lekko. Czapka była teraz także jedynym dowodem na to, że kiedyś był nadwornym błaznem, który dowcipem umiał rozbawić króla i jego dwór. Obecnie pozostał mu jedynie najczarniejszy ze wszystkich humorów, cynizm i ironiczne uwagi, których wysłuchiwać musiała suczka o imieniu odpowiednim dla pupilki Księżniczki – Brygida. Ona jednak nic sobie z tego całego gderania i marudzenia nie robiła. Wręcz przeciwnie, ucieszona faktem zdobycia wreszcie uwagi swojego pana, radośnie merdała ogonem i wpatrywała się w niego oczami pełnymi oddania. Gdy prowizoryczne drzwi zostały otworzone, szybko wybiegła na dwór.

Ich domem była nora w wielkim drzewie, z której wychodziło się na małą polankę w środku lasu. Brygida wbiegła na nią, zatoczyła kółko z nosem przy ziemi i schowała się za jednym z krzaków rosnących wokół drzewa. Była prawdziwie arystokratycznym psem, który wstydliwe potrzeby fizjologiczne załatwiał jedynie w odosobnieniu. Na szczęście to była jedna z niewielu arystokratycznych cech, które sobie przysposobiła. Poza tym była bardzo radosnym młodym psiakiem, który niewiele potrzebował do szczęścia. Uwielbiała biegać, tarzać się w błocie, a po udanej zabawie wylegiwać się w ciepłym słońcu na polance. Dlatego z wyglądu też nie przypominała dworskiego psa. Urodziła się jako różowy pudel, lecz obecnie jej sierść miała barwę brązową, czasami wręcz czarną. Nie strzyżona już od ponad roku była kłębkiem skudlonej sierści.

Marcel wygramolił się z nory z dużo mniejszym entuzjazmem. Poranek był chłodny, choć promienie słońca już zaczynały przedzierać się przez gęste gałęzie drzew. Zapowiadał się bardzo ładny dzień. Jednak nawet to nie zdołało poprawić mu nastroju. Oddalił się w krzaki po drugiej stronie drzewa w tym samym celu, co Brygida. Wracając zaczął zastanawiać się, które z zakończeń jego wciąż powtarzającego się snu wolał. Czasami, tak jak dzisiaj, sen kończył się na początku balu, kiedy wszystko przebiegało tak, jak powinno. Wtedy budził się z uczuciem żalu, gniewu i oczywiście głodu. Może mniej bolesne dla niego było, gdy sen kończył się w tym miejscu, w którym kończył się również świat, w którym się wychował. Przypomniał sobie jedną ze scen, które doprowadziły do tej tragedii i przebiegł go dreszcz, który dał jednoznaczne rozwiązanie jego dylematu. Niezjedzony pieczony ziemniak, był niczym w porównaniu z tym, co działoby się we śnie, gdyby się w porę nie obudził.

Wyszedł z krzaków, zbierając po drodze suche gałązki a potem rzucił je w miejscu, gdzie zawsze przygotowywał jedzenie. Zabrał się za rozpalanie ogniska. W tym czasie ze swojego odosobnienia wróciła również Brygida niosąc w zębach gałązki. Ciągle merdała ogonem, przygotowanie do śniadania traktując jak najlepszą zabawę. Gdy Marcel zabrał od niej pierwszą gałązkę, zaraz pobiegła po następną.

Ależ niech się panienka nie kłopocze. Od czego są słudzy. – nie chciał się do tego przyznać, ale lubił towarzystwo Bri, jak zwykł ją nazywać, gdy nie próbował być złośliwy. Gdyby nie ona, zupełnie nie miałby z kim rozmawiać. A jak mawiał jego świętej pamięci Dziadziu, pierwszą oznaką szaleństwo jest gadanie z samym sobą. Co prawda, Dziadziu potem zaczął sam sobie to powtarzać. Jeśli szaleństwem było kupno w wieku osiemdziesięciu pięciu lat młodego rumaka za wszystkie swoje zaoszczędzone pieniądze a potem skręcenie karku podczas ujeżdżania go, to Dziadziu udowodnił, że się nie mylił. Jednak Dziadziu powtarzał też, że najniebezpieczniejszym narzędziem śmierci jest nuda. Dlatego jednoznacznie nie można stwierdzić, jak to było z Dziadziem i jego porzekadłami. W każdym razie Marcel nie stwierdził dotychczas u siebie poważniejszych oznak szaleństwa. Pomijając oczywiście realistyczne sny, z których coraz trudniej było mu się wybudzić.

Gdy udało mu się rozpalić ogień, wszedł ponownie do nory i wyniósł z niej żeliwny kociołek, w którym pozostała jeszcze resztka owsianki. Zawiesił kociołek nad ogniem a sam usiadł blisko, próbując się ogrzać, bo słońcu nadal jeszcze nie udało się przedrzeć przez gęste gałęzie wysokich drzew. Obok niego usiadła Bri i tak oboje czekali, aż owsianka się zagotuje.

Widząc, że owsianka zaczyna bulgotać szybko zdjął kociołek z ognia, przełożył jego zawartość do miseczki i zjadł parząc sobie język. Zagryzł czerstwym chlebem, którym podzielił się z Bri. Przepłukał kociołek i zagotował w nim wodę, którą potem zalał kawę. Delektując się jej zapachem, sięgnął po fajkę. Nasypał tytoniu, zapalił i zaczął wolno pykać, popijając aromatyczną kawą. Ten poranny rytuał uspokoił go nieco. Potrzebował tego spokoju, ponieważ czekał go ciężki dzień. Gdy tylko wypali fajkę będzie musiał wyruszyć w podróż. A w świecie, w którym przyszło mu teraz żyć każda podróż była ogromnym niebezpieczeństwem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s